Wywiad z p. Maciejem Kossowskim
- Panie Macieju - reprezentuję Gdański Klub Szaradzistów Neptun. Zacznijmy zatem od Pana wspomnień związanych z tym właśnie miastem. Proszę powiedzieć co było pierwsze - Filologia Polska na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku-Wrzeszczu czy granie jazzu z gdańskimi zespołami - Flamingo oraz Tralabomba Jazz Band i Dixieland Sextet?
Moje zainteresowanie jazzem zaczęło się w czasie studiowania filologii polskiej na Uniwersytecie Toruńskim gdzie spotkałem Andrzeja Mroczyńskiego pianistę i kierownika zespołu "Combo 7." Andrzej namówił mnie do wypożyczenia trąbki z Uniwersyteckiej kolekcji i do wzięcia lekcji. Po trzech miesiącach zacząłem grać z jego zespołem. Będąc na drugim roku filologii przeniosłem się do Gdańska na Wyższą Szkołę Pedagogiczną we Wrzeszczu.
- Podobno z wymienionym zespołem "Tralabomba Jazz Band" udało się Panu odnieść sukces na ... Festiwalu Zespołów Ludowych w Grecji?
Wyjechaliśmy do Grecji z teatrem Afanasjewa. Zespół "Tralabomba Jazz Band" był integralną częścią tego teatru. Bardzo się podobaliśmy.
- Pochodzi Pan z Grudziądza. Zatem czy w czasach studenckich mieszkał Pan na stancji, w jednym z gdańskich akademików czy też miał Pan może uczynną rodzinę w naszym mieście?
W Toruniu mieszkałem w akademickim domu. Siedmiu studentów w jednym pokoju. W środku nocy można było usłyszeć chrapanie, okrzyki i przemowy. Dlatego przeniosłem się - jak już wcześniej wspomniałem - do Gdańska gdzie wynająłem mieszkanie w Nowym Porcie niedaleko Westerplatte.
- Jak Pan wspomina Gdańsk przełomu lat 50. i 60. Pamięta Pan jakieś swoje ulubione miejsca, zakątki w których chętnie Pan przebywał, kawiarnie w których miło spędzał Pan czas, kino gdzie chodził oglądać filmy lub część plaży do romantycznych spacerów?
Nie miałem czasu na spacery. Byłem zajęty studiami na polonistyce, nauką w średniej szkole muzycznej, graniem chałtur w klubach studenckim, aktorzeniem w teatrzykach, słuchaniem jazzowej muzyki, codziennymi ćwiczeniami gry na trąbce i dojazdami kolejowym.
- Czyli miał Pan bardzo napięty rozkład dnia. Musi być Pan bardzo dobrze zorganizowaną osobą...
Wspomniał Pan o aktorzeniu w teatrzykach. Nie wszyscy wiedzą, że ma Pan w swoim życiorysie epizod teatralno-kabaretowy. Kto zainspirował Pana do występów w poetyckim kabarecie studenckim Bim-Bom?
Moją pierwszą pasją był teatr. W Grudziądzu oglądałem wszystkie inscenizacje, a w Liceum Ogólnokształcącym imienia B. Chrobrego w tym mieście wystąpiłem jako aktor w sztuce Czechowa - "Czajka". "Bim - Bom" był rewelacyjnym teatrem i kiedy ogłosił konkurs dla nowych członków - zdałem egzamin i zostałem przyjęty. Dano mi wiele ról u boku znanych artystów, ale niestety musiałem wybrać zawód muzyka aby pokryć koszta utrzymania. Bim-Bom nie płacił aktorom.
- Z tego teatru wywodzi się wielu znakomitych twórców i artystów teatru i estrady. Wystarczy wspomnieć Jerzego Afanasjewa, Wowo Bielickiego, Tadeusza Chyłę, Zbigniewa Cybulskiego, Bogumiła Kobielę czy też Jacka Fedorowicza. Czy miał Pan z Nimi wszystkimi kontakt? Proszę coś powiedzieć o tych artystach z którymi wspólnie występował Pan na scenie "Bim-Bomu"?
Oprócz Zbyszka i Kobieli których spotkałem na początku, a którzy zmarli w tragicznych okolicznościach miałem bliski kontakt z wszystkimi artystami. Jacek Fedorowicz zainscenizował mój występ telewizyjny w Warszawie gdzie zaproszono mnie do zaśpiewania piosenki "Wakacje z blondynką".
- Do tego przeboju jeszcze dzisiaj powrócimy. Cofnijmy się jednak do początków Pana przygody z wokalistyką. Wspomniał Pan, że swoją muzyczną edukację rozpoczął Pan od grania na trąbce? Skąd zatem decyzja o śpiewaniu? Czy było to może też efektem namowy kolegów muzyków?
Był to przypadek. Latem w 63 roku grałem przez miesiąc z zespołem muzycznym w Sopocie w Restauracji Alga. Pewnego wieczoru członkowie zespołu "Czerwono-Czarnych" zjawili się na kolację. Po usłyszeniu mojego śpiewu kierownik muzyczny Jozef Krzeczek zaproponował mi współpracę.
- Co było przyczyną tego, że nazywano Pana wkrótce polskim Fredem Buscaglione albo Louisem Primą?
Józek Krzeczek i ja byliśmy pod wielkim wpływem tych artystów i kiedy opracowaliśmy aranżacje do moich pierwszych przebojów użyliśmy rytmy używane przez wymienionych artystów. A styl śpiewu i dynamika moich nagraniach sugeruje pewne podobieństwo.
- Potem już chyba nikt w Polsce nie zaśpiewał podobnie jak Oni i Pan.
Pierwszą polską grupą rock'n'rollową było Rhythm And Blues. Po jej rozwiązaniu część muzyków trafiła do powstałej na początku lata 1960 r. i wymienionej przed chwilą legendarnej grupy Czerwono-Czarni. W ciągu 16 lat istnienia skład zmieniał się wielokrotnie. Ale w każdym leksykonie polskiej muzyki rockowej obok takich gwiazd tego zespołu jak Michaj Burano, Ryszard Poznakowski, Wojciech Skowroński, Jacek Lech, Henryk Fabian, Wojciech Gąssowski, Toni Keczer czy Kasia Sobczyk, Helena Majdaniec lub Karin Stanek nie może zabraknąć także i Pana nazwiska. Jak się Pan czuł i nadal czuje w tak doborowym towarzystwie?
Wymienił pan nazwiska wielu utalentowanych muzyków i piosenkarzy obdarzonych specjalnymi zdolnościami. Jestem wdzięczny, że mogę ich nazwać moimi przyjaciółmi.
- A jak teraz z perspektywy minionych lat wspomina Pan tamten kilkuletni ważny epizod w swojej karierze?
Nie żyję wspomnieniami gdyż każdy dzień w USA stwarza nowe zadania, obowiązki i problemy. W ciągu kilku dni w czasie korespondencji z Panem przejechałem już autem 400 mil i zagrałem 10 jednogodzinnych koncertów. Dzisiaj odpoczywam i odpowiadając na pańskie pytania przypominam sobie język którego już nie używam przez ostatnie 25 lat. Jestem już w USA 40 lat.
- Ale pomimo tak długiej przerwy dobrze Pan sobie radzi z mową ojczystą. I to jest zdecydowanie warte podkreślenia.
Jakie pierwsze skojarzenia wywołuje u Pana hasło - trasy koncertowe Cz.-Cz. po Czechosłowacji, NRD, Kanadzie, USA i ZSRR?
W ZSRR byłem z zespołem "Tajfuny". Każdy wyjazd miał swe wyjątkowe perypetie i przyjemności. Mam najlepsze wspomnienia z NRD i USA.
- 17 marca 1964 r. Pronit wydał Pana pierwszą czwórkę. Na płycie znalazły się piosenki, bez których trudno było sobie wyobrazić tamte prywatki i potańcówki, a i teraz rozgłośnie radiowe grające złote przeboje z przyjemnością sięgają po "Agatko pocałuj" czy też "Dwudziestolatki" - oba dzieła spółki Krzeczek/Patuszyński. Pamięta Pan, który z tych utworów nagrał Pan wcześniej? I czy spodziewał się Pan takiego sukcesu (300 tysięcy kopii sprzedanych w ciągu pierwszych kilku miesięcy to niezwykły wynik)?
Wszystkie piosenki były nagrane w tym samym dniu. Moi koledzy muzycy i studio nagrań przewidzieli sukces. Ja zupełnie nie miałem pojęcia jaki będzie ostateczny wynik.
- Musiał Pan zatem być miło zaskoczony ich triumfem... Rok później z Warszawskimi Stompersami nagrał Pan kolejną małą płytkę. Listę imion żeńskich poszerzył Pan wówczas o Augustynę, a obok niej umieścił Pan m.in. piosenki "Nie mów o zazdrości" oraz "Za co mnie kochasz". Jakie jest pochodzenie nazwy Stompersi?
Nazwa była wypożyczona od Amerykańskiego zespołu "New Orleans Stompers."
Czasownik "stomp" znaczy zmiażdżyć. W muzycznym żargonie był to manifest - "Gramy z ogromną energią!"
- Kolejnym zespołem z którym Pan współpracował (lata 1966-67) były Tajfuny, a w Polskim Radiu grano w tym okresie Pana "Balladę o nocnym Expresie" czy "Nie pozwól mi". Czemu jednak ta właśnie Pana muzyczna przygoda trwała tak krótko?
Po przyjeździe z ZSRR ze wspomnianej trasy z Tajfunami otworzyły się dla mnie perspektywy w Polskim Radio gdzie dla Studia Rytm tworzyłem i nagrywałem nowe kompozycje i aranżacje.
- Nadszedł rok 1968 r. Spod pióra Jonasza Kofty wyszedł jeden z największych przebojów w bogatym dorobku poety. A to Pan właśnie z towarzyszeniem orkiestry Studia Rytm zaśpiewał Jego "Wakacje z blondynką" i ponownie odniósł muzyczny sukces. Jak się Pan czuł wiedząc, że żadna sylwestrowa zabawa 68/69 czy studniówka w 1969 r. nie mogła obejść się bez płyty z tym właśnie nagraniem odtwarzanym wielokrotnie?
Muszę przyznać, że nie przewidziałem tak wysokiej skali popularności tej piosenki.
- W tym samym roku Ryszard Pluciński wyreżyserował telewizyjny film muzyczny "Koncert na 707 ulic". Wspominam o tym tytule, bo wystąpił Pan w tym obrazie śpiewając piosenkę "Kto mi to da". Nie nabrał Pan przez to ochoty na dalszą karierę w roli śpiewającego aktora?
Powiem szczerze, że gdybym pozostał w tych latach w Polsce to mój następny krok byłby właśnie w kierunku filmowej i telewizyjnej działalności.
- Jesień roku 1969 przyniosła dwa ważne wydarzenia w Pana karierze. W Polsce ukazał się Pana ostatni singel z przebojem "Z Cyganami w świat", a Pan sam podjął decyzję o opuszczeniu kraju i zamieszkaniu w Nowym J orku. Czy to czysty przypadek, że na tej ostatniej małej płytce zaśpiewał Pan piosenkę "Nie mówię żegnaj" dając swoim wielbicielom w Polsce nadzieję na powrót do ojczyzny? Czy w początkowym okresie sądził Pan, że pobyt w Stanach Zjednoczonych nie potrwa zbyt długo?
Do tej pory nie wiem czy autorzy słów wiedzieli o moim wyjeździe. Ja z mojej strony wiedziałem, że wyjeżdżam na stałe!
- Kto wie - może kiedyś uda mi się porozmawiać z autorami tego przeboju czyli Markiem Gaszyńskim i Bogdanem Loeblem. I wówczas nie omieszkam zadać im podobnego pytania. A wracając do Stanów. Pana przygoda muzyczna nie urwała się jednak wraz z wyjazdem za ocean. Proszę powiedzieć coś więcej na temat Pana amerykańskich, estradowych osiągnięć. Może coś o klubie Lorelei na Manhattanie albo o musicallu "Jesus Christ Superstar" lub o orkiestrze której dowodził Jimmy Sturr...
Praca w klubie na Manhattanie była bardzo dla mnie wygodna ponieważ "Lorelei" znajdowało się dwa bloki od mojego apartamentu na 87 ulicy i York Ave. gdzie moim sąsiadem był słynny gitarzysta bluesowy: Johny Winter.
- Tylko pozazdrościć sąsiedztwa.
Wyjazdy z "Jesus Christ Superstar" odbywały się po wschodnich Stanach i trwały przez rok.
Z orkiestrą Jimmy Sturr'a występowałem jako wokalista śpiewając amerykańskie standardy po angielsku. Ponieważ jego działalność była i jest skoncentrowana na graniu polek, wybrałem inną drogę muzyczną która umożliwiła mi granie jazzu.
W "Lorelei" przez pierwsze dwa lata grałem na trąbce i gitarze z byłym saxofonistą z Count Basie's Orchestra, (15 lat) - Earl Warren i puzonistą z Tommy Dorsey Orchestra - Jimmy Welsh. W sumie grałem w Lorelei przez 4 lata i w ciągu ostatnich dwóch lat zostałem kierownikiem zespołu. Wynająłem nowych muzyków i zespół był sensacją nowojorskiego night-life (życia nocnego). W tym samym czasie zaproszony zostałem na radiowe wywiady i telewizyjny program: "Joe Franklin Show" który oglądała cała Ameryka.
W późniejszych latach grałem i śpiewałem w wielu prestiżowych miejscach, hotelach i teatrach. Grałem ze słynnymi muzykami i piosenkarzami takimi jak Paul Anka, Charles "Honi" Coles, Ron Silver, Jimmy Kerr itd.
Moje występy oglądali: Prezydent Jimmy Carter, Sammy Davis Jr., Michael Caine, Lita Ford, grupa Autograph itd.
Wystąpiłem w telewizji na słynnym "Late Show" prowadzonym przez David Letterman. W tym samym show gościem była: Carly Simon.
- To wspaniały życiorys prawdziwego i doświadczonego muzyka. W chwili obecnej zatem wciąż zajmuje się Pan zawodowo muzyką - dobrze wnioskuję z Pana wypowiedzi?
W dalszym ciągu pracuję jako muzyk i piosenkarz, a także jako kompozytor, aranżer i producent. W roku 1990 napisałem muzykę do filmu "Shadows in the City." Mam za sobą wiele kilometrów grania muzyki na Manhattanie. Za dużo szczegółów do wymienienia.
- Pamiętam jak Pan Edward Hulewicz w rozmowie z Nami wspominał, że "kiedyś środowisko artystyczne było bardziej zintegrowane, wszyscy się znali i przyjaźnili". Czy Pan podpisuje się pod słowami Tego wokalisty?
Bez wątpienia była to jedna wielka rodzina której członkowie cieszyli się z każdego spotkania.
- To tak jak my szaradziści. A propos - jak na pytanie "Czy lubi Pan krzyżówki i czy ma Pan czas na ich rozwiązywanie?" odpowiedziałby Pan w okresie swoje największej popularności w kraju i jak na to samo pytanie odpowie Pan teraz, po 40 latach od tamtych muzycznych przygód?
Niestety krzyżówki nigdy nie były moją pasją. Wolałem czytać książki albo grać w szachy.
- Gra(ł) Pan zatem w szachy. Czy oprócz partii z innymi szachistami próbuje Pan czasami swoich sił w solowych zagadkach szachowych typu - ukazana jest plansza z rozstawionymi kilkoma pionami i figurami i w czterech ruchach należy dać mata czarnym ?
Zabawiałem się tym w latach mojej wczesnej młodości. W Liceum Ogólnokształcącym w Grudziądzu w rozgrywkach szkolnych wylądowałem na czwartym miejscu. Na pierwszym miejscu był Bogdan Kozłowski, który był w tych czasach Mistrzem Polski Juniorów.
- A kiedy ostatnio udało się Panu rozegrać typową szachową partię? Czy Pana partnerem był wtedy właśnie żywy szachista? A może był to komputer lub szachista internetowy?
Pięć lat temu grałem często z komputerem (program The Chess Master) i nawet wygrałem kilka gier.
- Musi Pan jednak przyznać, że gra z komputerem to jednak co innego niż gra z żywym partnerem. Jak Pan myśli - czy automat/komputer zastąpi kiedyś ostatecznie człowieka np. w układaniu zadań szachowych, szaradziarskich albo komponowaniu muzyki i pisaniu tekstów piosenek ?
Komputer będzie zawsze tylko narzędziem pomocniczym w rękach ludzkich. Rozwój technologii komputerowej wzmocni rozwój ludzkiej myśli.
- Gdyby powstała krzyżówka o polskim bigbicie ułożona nie przez komputer, a przez autora z krwi i kości - miałby Pan ochotę się z nią zmierzyć? Jak Pan sądzi - miałby Pan szanse na rozwiązanie jej od pierwszego do ostatniego hasła?
Chyba nie.
- A czy grał Pan kiedyś w Scrabble?
Nie wiem co to jest.
- Odłóżmy szaradziarstwo na bok. Proszę powiedzieć - czy z którąś ze wspomnianych wcześniej osób grających lub śpiewających w Czerwono-Czarnych utrzymuje Pan kontakt do dnia dzisiejszego? Wiem, że polscy muzycy przebywający za oceanem chyba dobrze znają Pana adres. Może wie Pan co się dzieje w chwili obecnej z niektórymi osobami (np. z p. Kasią Sobczyk albo Michajem Burano lub Toni Keczerem)?
Kasia mieszka w Chicago. Nic nie wiem o pozostałych dwóch osobach.
- Nasza rozmowa odbywa się w maju 2006 r. Przypomniałem sobie taki fragment tekstu "(...) nie martw się dziewczyno, nie warto się smucić! Dni zimowe szybko miną¸ wiosna majem wróci". To refren pewnej optymistycznej piosenki z repertuaru zespołu Filipinki, do której skomponował Pan muzykę. Jaki jest zwykle maj w Stanach Zjednoczonych? Czy w tym roku po dość mroźnej i śnieżnej zimie - dawno już wiosna do Pana zawitała, czy też tak jak w tej piosence - to właśnie maj przyniósł tę prawdziwą, ciepłą, słoneczną i typowo wiosenną pogodę?
W Nowym Jorku pogoda się zmienia nagle. Temperatura jest nie do przewidzenia. Obecnie trzyma się około 50 stopni Farenhaita. Wczoraj był piękny, słoneczny dzień, a dzisiaj ten dzień jest szary i deszczowy.
- 8 maja 2006 r. swoją premierę miała płyta kompaktowa z serii "Gwiazdozbiór Muzyki Rozrywkowej", a na niej 15 nagrań z Pana repertuaru. Czy uczestniczył Pan w jakiś sposób w doborze materiału na ten krążek wydany przez Polskie Radio?
Polskie Radio dokonało tego wyboru.
- Skoro o mediach mowa - czy jeżeli ma Pan czas na telewizję, lubi Pan oglądać różnego typu teleturnieje sprawdzające wiedze graczy z różnych dziedzin czy też zwykle wybiera Pan kanał z zupełnie inną oferta programową?
Amerykańska telewizja oferuje bardzo interesujące programy na następujących kanałach: Discovery, History i National Geographic. Przeważnie są to dokumentarne programy na bardzo interesujące tematy.
Natomiast najciekawszym programem ze wspomnianego cyklu teleturniejów jest nowy program: "Cash Cab". Akcja odbywa się w taksówce. Osoby wchodzą do taksówki i czeka w niej na nich niespodzianka. Kierowca dowozi ich do celu, a w międzyczasie zadaje im pytania. Za każdą prawidłową odpowiedź pasażerowie otrzymują pieniężne nagrody. Zaczyna się od 20 dolarów i kończy na pytaniach wartych $100.00. Niektórzy pasażerowie wygrywają ponad dwa tysiące dolarów.
- Proszę powiedzieć jak się Pan czuje mieszkając tyle już lat poza Polską. Czy od momentu wyjazdu był Pan kiedykolwiek w Polsce?
Czuję się znakomicie. Nie byłem w Polsce od mojego wyjazdu.
- A czy ma Pan w planach przyjazd do Polski... do Gdańska. Może na występy lub spotkania z polskimi wielbicielami Pana talentu?
Nie mogę w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie. Wiem tylko, że pewni organizatorzy planują zrobić coś w tym kierunku.
- Brzmi zachęcająco. Będziemy zatem cierpliwie czekać na oficjalne komunikaty.
Proszę powiedzieć jakie ma Pan motto życiowe? Czy mógłby nim być fragment refrenu "Nie jest źle, chociaż złe wróżby śpią w talii kart" z piosenki zespołu Tajfuny z 1967 r.
Moje motto życiowe jest następujące: "Rob to co lubisz dobrze, a będziesz szczęśliwy(a.)"
- Skoro o szczęściu mowa - powróćmy zatem jeszcze raz do zespołu Tajfuny. Proszę powiedzieć, czy znalazł Pan już odpowiedź na pytanie, które zadał Pan w innej piosence tego właśnie zespołu "gdzie odnajdę swoje szczęście, swoją gwiazdę, swój los?". Czy jest nią właśnie Ameryka?
Ameryka jest wspaniałym krajem. Poszukiwanie szczęścia jest utopią. Francuski pisarz i filozof Voltaire napisał książke na ten temat. Jej tytuł brzmi "Kandyd".
- Prawie już na zakończenie proszę spróbować ułożyć własną, autorską definicję do krzyżówki jednego lub kilku z poniższych terminów: TRĄBKA, WOKALISTA, TORUŃ, NOWY JORK, CZWÓRKA, KOSZYKÓWKA, TALENT, PRZEBÓJ, DYKCJA, BLONDYNKA, WAKACJE, DWUDZIESTOLATKI, STUDIO RYTM, ARANŻACJE.
Wszystkie wiążą się z moją osobą. Dodatkowo proponuję takie zadanie:
Pytanie: Kto gra na trąbce solo w utworze instrumentalnym napisanym prze Piotra Figla - "Co we mnie piękne"?
Odpowiedź: M. Kossowski.
- Muszę przyznać, że nie było to proste pytanie. Jak Pan myśli - co takiego w sobie mają często wspominane w tym wywiadzie piosenki tamtego okresu, że nadal z przyjemnością się ich słucha, a po wielu przebojach minionej wiosny ślad zaginie, jeżeli już nie tego lata, to z pewnością za rok, albo za pięć...?
Kombinacja dobrych słów, muzyki i wokalnego wykonania.
- Szkoda, że popularne dzisiaj wokalistki i topowi piosenkarze nie mogą pojąć tego prostego przepisu wynikającego z wielu lat doświadczeń.
Nie wiem, czy Pan wie, że Pana przeboje są czasami podstawą do muzycznych zagadek w popularnym polskim teleturnieju "Jaka to melodia". Powiem więcej - zwykle na pytanie "Jak brzmi tytuł zagranego utworu z Pana repertuaru" padają poprawne odpowiedzi i to z ust zarówno osób pamiętających Pana twórczość z własnych lat młodzieńczych jak i z ust tego młodego pokolenia, które przyszło na świat już po Pana emigracji. Jak Pan skomentuje fakt, że szczególnie ci młodzi słuchacze muzyki biorący udział w tym programie też nie są na bakier z Pana twórczością?
If this is true, then I must've done something right! (jeśli to prawda, to znaczy, że musiałem zrobić coś dobrze!)
- Trafnie powiedziane. Dziękuję pięknie za rozmowę.
Zapomniał Pan o mojej karierze sportowej którą miałem jeszcze przed tą muzyczną. Będąc w jedenastej klasie w Liceum Ogólnokształcącym zdobyłem Mistrzostwo Szkoły w biegu na: 100 metrów, 200 metrów, w skoku wzwyż, w skoku w dal, w pchnięciu kulą i w rzucie oszczepem. Będąc na Uniwersytecie Toruńskim z drużyną AZS-u zdobyliśmy Mistrzostwo Polski na Pierwszej Ogólnopolskiej Spartakiadzie Uniwersytetów w dyscyplinie koszykówki męskiej we Wrocławiu pokonując w finale silną drużynę z Poznania. (29 Maja 55 roku).
- Miałem przyjemność rozmawiać zatem nie tylko z Panem Maciejem Kossowskim muzykiem, wokalistą i aktorem, ale i z Maciejem Kossowskim sportowcem. Było mi bardzo miło poznać Pana także i od tej strony.